Lilliana

Od zawsze wierzyłam w Boga, rodzice zaszczepili we mnie tę wiarę posyłając mnie na lekcje religii i wypełniając skrupulatnie wszelkie tradycje katolickie. Miałam szczęśliwe dzieciństwo, niczego mi nie brakowało, ani z rzeczy materialnych, ani duchowych. W wieku studenckim już wiedziałam, że wszystko co mam zawdzięczam Bogu i potrafiłam za to dziękować. Oczywiście potrafiłam też prosić o wszystko czego było mi potrzeba, najczęściej wtedy modliłam się o zaliczenie egzaminów, ale też gdy się bałam. Modliłam się rano i wieczorem, uczestniczyłam w mszach świętych i w ważnych wydarzeniach katolickich – Bóg nigdy nie odpowiadał, ale zawsze czułam, że się mną opiekuje. Z powodzeniem ukończyłam studia, zdobyłam pracę zagranicą, szybko awansowałam, wyszłam za mąż za chłopaka, którego pokochałam gdy miałam 15 lat, razem zaczęliśmy realizować swoje pasje i podróżować po świecie. 

Bóg był ze mną – wiedziałam to, choć Go nie czułam. W pewnym momencie „chwycił mnie za rękę” i pokazał właściwą drogę. Zrobił to w najtrudniejszym dla mnie czasie. Wiedział, że nadchodzi okres w którym będę potrzebowała już nie tylko czuć Jego obecność, ale także Go słyszeć. Poroniłam ciążę, mój tato zachorował na raka, rozpoczęły się problemy w pracy ze wspólnikami, którzy podali mnie do sądu. Nie podołałabym temu wszystkiemu gdyby Bóg do mnie nie mówił, gdyby mnie nie podnosił i nie pchał do przodu. Zaczęłam czytać jedyny namacalny dowód tego co chciał nam przekazać, Biblię. Odnajdywałam tam odpowiedzi i choć wiele nie rozumiałam, powoli odrzucałam dotychczasowe praktyki religijne na rzecz prawdziwej wiary w Jedynego Boga. Choć początkowo się buntowałam, to wreszcie zrozumiałam, że to co robiłam do tej pory pozbawione było sensu, choć jak mi się wydawało przestrzegałam wszelkie reguły, nie zbliżało mnie to jednak do zbawienia. Bóg zawsze mnie kochał i to było to co czułam, ale ja nie wypełniałam Jego Słowa i nie robiłam tego czego ode mnie oczekiwał – nie mogłam więc być zbawiona. 

Dziś jestem wdzięczna za to, że postawił na mojej drodze ludzi z Kościoła Revival, którzy podążając za naukami Jezusa, apostołów i pierwszych chrześcijan uświadomili mi jak bardzo religia katolicka się od nich odsunęła, jak bardzo przesiąkła decyzjami papieży podejmowanymi na kolejnych soborach, decyzjami dyktowanymi przez ludzkie emocje, często tak dalekie od tego czego nauczał Jezus. Moje dorastanie do ostatecznej decyzji trwało 5 lat – teraz lubię myśleć, że Bóg w końcu powiedział „dość, na co ty jeszcze czekasz” i na jednym ze spotkań modlitewnych dał mi Ducha Świętego – nawet nie wiem jak i w którym momencie wypłynęły ze mnie języki, to było niesamowite uczucie, pamiętam że byłam tak podekscytowana, że całą drogę do domu modliłam się językami, o nic konkretnego po prostu chciałam je słyszeć, a w domu od razu otworzyłam Biblię i przeczytałam cały list św. Pawła do Rzymian – był taki prosty i pełen wskazówek, a wcześniej nie rozumiałam listów. Kilka dni później ochrzciłam się przez pełne zanurzenie w jeziorze, pod cudownym drzewem i od tamtej pory zaczęła się moja droga w Panu. W każdym dniu z Nim rozmawiam, a On odpowiada, zawsze otwieram Jego Słowo i znajduję odpowiedź – czasem od razu a czasem po jakimś czasie, ale zawsze odpowiada i to jest niesamowite i piękne. Do dziś nie mam dziecka, poroniłam kolejną ciążę, mój tato zmarł i przegrałam sprawę w sądzie – ale Bóg co dzień uświadamia mi, że to wszystko to tylko etap mojej drogi, któremu podołam bo On będzie przy mnie, a jeśli wytrwam to czeka mnie nagroda – życie wieczne. 

Dziś często, jak Daniel „wchodzę do jaskini lwów” i jestem odważna tak, że samą siebie zadziwiam. Prowadzę negocjacje z bezwzględnymi biznesmenami, przy których wcześniej bałam się odezwać bez prawnika, jestem silna bo Duch Święty jest we mnie. Miałam też uleczenia – przez kilka miesięcy męczyłam się ze straszną alergią na powiekach- ból, swędzenie, pieczenie, ciągłe łzy których nie mogłam zatamować, aż wreszcie wewnętrzne osłabienie i totalny spadek formy, nie pomagały ani metody naturalne ani farmaceutyczne – maści, witaminy, olejki – próbowałam naprawdę wszystkiego, broniłam się przed sterydami i antybiotykami, ale wreszcie się poddałam, gdy miałam już umówioną wizytę w szpitalu wybuchła epidemia koronawirusa, wtedy pastor widząc mnie w nieciekawym stanie zapytał czy chcę aby się za mnie pomodlił, oczywiście że chciałam, położył na mnie ręce i modliliśmy się razem, po czym wróciłam do swoich obowiązków ale już po godzinie czułam poprawę, a po paru dniach po uczuleniu nie było śladu. Innym razem Bóg magicznie skleił moje złamane żebro – pękło nieszczęśliwie przy mocnym uścisku znajomego pare dni przed planowanym wyjazdem do Włoch do naszego kościoła w Południowym Tyrolu, a na dzień przed wyjazdem bolało już tak, że trudno było mi oddychać. Nie było szans, żeby dostać się do lekarza, a do szpitala bałam się jechać, bo na pewno zabroniliby mi lecieć do Włoch. Rehabilitant do którego trafiłam, aby pomógł mi w bólu i choć doraźnie zaradził, przepisał mi silne leki przeciwbólowe i również odradzał wyjazd. Poprosiłam wtedy cały Kościół o modlitwę i postanowiłam jechać, w końcu jechałam po to aby wzmocnić się w Duchu. Już na drugi dzień leki nie były potrzebne, a ja spędziłam cudowny czas z braćmi i siostrami z Kościoła. Po powrocie zrobiłam prześwietlenie, na którym wyraźnie było widać zrośnięte złamanie. To coś niesamowitego być dzieckiem Bożym!

pl_PLPolski